NUMER 2009-39
Jak prawdziwy jasnowidz

Odwiedzał Irlandię dwukrotnie, w 2006 i 2007 roku. Pracował tylko w okresie wakacyjnym, łącznie niecałe pół roku. A jednak jego artykuł, który ukazał się w magazynie „Odra” w 2007 roku, jest kompleksową oceną irlandzkiej sytuacji i nieprawdopodobną wręcz przepowiednią przyszłości, którą teraz możemy zweryfikować jako prawdziwą w 100 procentach… Z Wojciechem Walczakiem rozmawia Aleksander Sadomski

Gdybyś mógł przedstawić się naszym czytelnikom i powiedzieć kilka słów o sobie…

Do Irlandii jeździłem, by zarobić na studia. Obecnie jestem na piątym roku socjologii, studiuję na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Teraz zarabiam jako programista. Zajmuję się między innymi tworzeniem oprogramowania, pozwalającego automatycznie analizować treści pojawiające się w internecie. Kiedy tylko mogę – czytam, a ostatnio, żeby nie zapomnieć, jak się pisze, założyłem blog. Krew mam polską, ale w sercu trochę irlandzkości bije.

Ludzie spędzają w Irlandii lata i nie są w stanie o tym kraju powiedzieć nic. Ty byłeś tu dwa sezony, razem niecałe pół roku, a jednak twoja analiza irlandzkiej sytuacji i jej zmiany w ciągu kolejnych lat jest niesamowicie trafna. Jak to możliwe?

Przede wszystkim miałem szczęście do ludzi. Nie tylko do Polaków, ale też do Irlandczyków i Węgrów. Dużo powiedzieli mi sami, a o całą resztę pytałem. To była najtrudniejsza, najbardziej nurtująca kwestia: o co pytać? Ale czasem udawało mi się coś wymyślić, a potem, kiedy pytałem, odpowiedź była totalnie zaskakująca. Napędzało mnie właśnie to uczucie olśnienia, doznawane, kiedy ludzie mówili mi coś niby zwyczajnego, ale przecież ja sam, bez nich, nigdy bym o tym nie pomyślał! Pomogły też gazety i książki. W czasie każdego wyjazdu wypożyczałem kilkadziesiąt książek z biblioteki w Westport, a kilkanaście z nich czytałem. Kiedy wyjeżdżałem z Irlandii do Polski w 2005 roku, dostałem od wspominanego w tekście Paula McCarthy's Bar Pete'a McCarthy'ego, więc kiedy wracałem do Irlandii rok później, wiedziałem jeszcze więcej i mogłem dostrzec to, co wcześniej mi umknęło. No i, niestety, uprawiając czarnowidztwo, miałem szczęście.

Cytowałeś w swoim artykule Irlandczyka Paula, który twierdził, że patrzenie na młodzież nie napawa go optymizmem. „Mieć” przeważało u niej zdecydowanie nad „być”. Jest to wyraźne zauważalne i dziś. Dlaczego doszło da takiej sytuacji i jak spróbować ją zmienić?

Paul powiedział mi kiedyś, że jeszcze niedawno, przed wstąpieniem do UE, Irlandczycy byli małpami (dosłownie tak powiedział), byli Albanią Europy Zachodniej. I nagle wszystko się zmieniło. A jak zachowują się nowobogaccy, wszyscy wiemy. Ludzie bogaci od pokoleń mają swoje wzorce wyglądu, zachowań, języka. Potrafią być bogaci w sposób subtelny i trudny do naśladowania. Pieniądze mogą z nieba spaść, ale maniery, smak i kultura wymagają lat ciężkiej pracy. Jeśli tego zabraknie, pieniądze mogą zmienić człowieka tylko w pośmiewisko, mogą doprowadzić do absurdów. Zachłyśnięcie pewnie kiedyś minie i sytuacja się unormuje. Każde bogate społeczeństwo kiedyś przeżywało ten skok. Trzeba też pamiętać, że my, imigranci, również szukaliśmy/szukamy na Zielonej Wyspie przede wszystkim „mieć”. My też wprowadzaliśmy/wprowadzamy atmosferę, w której „być” to sprawa drugorzędna.



Kolejny trafny przykład, to przytoczona przez ciebie „wielonarodowościowa cebula”. Kiedy jest dobrze, wszystko gra, kiedy jest źle – zaczynają się kłopoty… Dobrze to widać w obecnej sytuacji. Polacy starają się uciekać i odcinać od Irlandii (w miarę możliwości), Irlandczycy zapominają, że kiedyś byliśmy tu mile widziani. Jak, twoim zdaniem, ta sytuacja może się rozwinąć i czy jest to niebezpieczne?

Trudno powiedzieć. Nasuwa mi się tu porównanie z sytuacją w Niemczech, w latach 70. XX wieku. Niemcy w okresie prosperity sprowadzili sobie do kraju Turków, jako tanią siłę roboczą. Byli przekonani, że to sytuacja tymczasowa i Turcy niedługo wrócą do siebie. Kiedy w latach siedemdziesiątych gospodarka zwolniła, Niemcy myśleli, że Turcy spakują się i wyjadą. Żeby ich zmobilizować do szybszego wyjazdu, Niemcy zmienili prawo tak, by utrudnić im podróżowanie. Turcy odpowiedzieli jednak błyskawicznie i nim się gospodarze zorientowali, imigranci sprowadzili do Niemiec całe swoje rodziny. Życie w Niemczech nie było dla Turków sielanką, ale i tak woleli to, niż swój rodzinny kraj. Jestem pewien, że wielu Polakom tej determinacji, by zostać w Irlandii, również nie zabraknie. Tym bardziej, że my nie planujemy budować w Dublinie, ani w Cork meczetów. Niestety, jesteśmy – i nie mówię tutaj tylko o Polakach – tak samo jak Turcy w Niemczech, narażeni na zamknięcie się w gettach. To jest, moim zdaniem, najgroźniejsze. Jeszcze w 2007 roku, kiedy byłem w Irlandii po raz ostatni, spotykałem ludzi, którzy po kilku latach pobytu na wyspie nie zdobyli nawet podstaw języka angielskiego, bo cały czas spędzali pod płaszczem ochronnym swoich rodaków. Już wtedy trudno było odnaleźć początek w wirze wzajemnych wyrzutów, niechęci i oskarżeń. Kto kogo pierwszy obraził? Kto kogo pierwszy obgadał? Kto na kogo pierwszy doniósł? To on pierwszy nie chciał się do mnie dosiąść, czy ja do niego? A najgorsze jest to, że przy niskich kompetencjach kulturowych i znikomych chęciach, nikt nawet palcem nie kiwnął, by te sprawy wyjaśnić, załagodzić, by wypić razem piwo i się zrozumieć.

Nie wiem, jak jest teraz, ale mogę postawić trochę pieniędzy, że sporo osób – i znowu: nie mówię tylko o Polakach - nie pamięta już nawet, że kiedyś było inaczej. Na tym polu wszystkich czeka ogromna praca, bo w przeciwnym razie, faktycznie, będzie mało bezpiecznie.

Czy wielonarodowościowy koktajl, jakim niewątpliwie jest obecnie Irlandia, będzie czymś pozytywnym czy negatywnym dla kraju? Wiadomo, że w wielonarodowościowym społeczeństwie łatwiej przełamywać stereotypy, uprzedzenia. Z drugiej strony Irlandia powoli zatraca to, czym była (a była faktycznie oazą inności i spokoju w Europie), jak również swoją tożsamość kulturową. Czy w tym wypadku plusy równoważą, twoim zdaniem, minusy?

WTrzeba pamiętać, że każdego dnia kilku młodych Irlandczyków zaczyna rozumieć otaczający ich świat. Uświadamiają sobie po raz pierwszy rzeczywistość i widzą w niej nas. Innej sytuacji nie znają, nigdy nie funkcjonowali w innych okolicznościach. Nie znając alternatywy, jaką był świat bez nas, trudniej im przeciwko temu protestować. Oczywiście, wystarczająco dużo dowiedzą się od swoich rodziców i starszego rodzeństwa i ostatecznie nie będą nam szczególnie przychylni, ale dla nich i tak będziemy czymś naturalnym. To jest dla mnie duży plus całej tej sytuacji. Te dzieciaki, gdy dorosną, będą pod tym kątem inne, niż ich rodzice. Polskie dzieciaki wychowujące się w Irlandii też będą zupełnie inne niż my. Pewnie konfliktów na tle narodowościowym w szkołach nie brakuje, ale jednocześnie rodzą się umiejętności radzenia sobie z nimi. Coś, czego my nie posiadamy. Jestem optymistą i wierzę, że gdy chaos się skończy, gdy kurz opadnie, gdy trochę czasu minie, Irlandia będzie miejscem, gdzie fajnie będzie również „być”, a nie tylko „mieć”.

PNiektórzy politycy próbowali z Polski zrobić drugą Irlandię. Teraz trzeba się zastanowić, jak raczej jej nie mieć… Jakie wnioski możemy wyciągnąć ze zmian irlandzkiej sytuacji w ciągu ostatnich kilku lat?

W hotelu w Westport, w którym pracowałem, odbywała się pewnego razu konferencja, na której spotkali się przedsiębiorcy, władze miasta i minister gospodarki. W trakcie prezentacji poświęcono trochę czasu strategicznej lokalizacji Irlandii, jako wyspy leżącej między Europą a USA. Teoria geograficznego sąsiedztwa Irlandii i Stanów Zjednoczonych rozbawiła mnie prawie do łez, ale fakt faktem – Amerykanom po prostu opłacało się trzymać pieniądze w Irlandii. Polski rynek opłacał się mniej i był dużo bardziej ryzykowny, ale dzięki temu w mniejszym stopniu odczuliśmy, kiedy pieniądze zaczęły odpływać z powrotem do USA. A jakie z tego wnioski? Dla mnie przede wszystkim takie, że dziś skaczemy sobie do gardeł, bo za mało rozumiemy. Kiedy fabryka Dell’a przenosi się z Limericku do Łodzi, jedyne, co Irlandczycy są w stanie dostrzec, to fakt, że podwójnie są przez Polaków grabieni: raz, bo odbieramy im pracę w ich kraju, a dwa, bo odbieramy im całe fabryki. Ale tego, że pieniądze płyną z Limericku do Łodzi na życzenie ich strategicznego partnera zza oceanu, dostrzec już nie potrafią. Dlatego każdą nadwyżkę inwestować należy w mózgi.

Jak z perspektywy Polski patrzysz na Zieloną Wyspę wczoraj i dziś?

Więcej w:



miejsce na Twoją reklamę...