NUMER 2010 - 28
Od przybytku głowa nie boli (???)


Znacie tę przypowieść o rabinie, który został poproszony o poradę dla rodziny Mordechaja? Przyszedł on do Rabina i mówi – pomóż, poradź, nie możemy już tak dłużej żyć. Mieszkamy w domu z jedną izbą, gdzie śpię ja i moja żona Rachela, moja matka i ojciec oraz siódemka naszych dzieci. Przecież tak się nie da, nie mamy gdzie się ruszyć, nie możemy się wyspać, nie wiem, co robić? Rabi na to – kup kozę. Mordechaj poszedł do domu, lekko zdziwiony tą radą, ale z Rabinem się nie dyskutuje. Kupił kozę, zamieszkała z nimi w domu, bo innych zabudowań nie mieli. Było im jeszcze ciaśniej, aż po jakimś czasie sytuacja stała się nie do zniesienia. Wrócił, więc Mordechaj do Rabina i prosi – poradź coś, nic nie pomogło, jest jeszcze gorzej. Sprzedaj kozę – rzekł krótko Rabin. Po kilku tygodniach spotkają się na ulicy i Rabin pyta Mordechaja – jak tam sytuacja? Na to wzruszony pytany sięga po rękę Rabina, potrząsa ją z wigorem i mówi – cudownie, mieszkamy w domu, ja, moja żona Rachela, jej rodzice i nasze dzieci i miejsca jest w bród, bo sprzedałem kozę jak radziłeś. Od jakiegoś czasu chodzę i marudzę - a to pieniędzy niewystarczająco, a to potrzeba mi nowego ciucha, a to nie wiem, co ugotować, samochód mnie wkurza, córka za daleko, pies skubany znowu ukradł mi kapcie i wyniósł do ogrodu, pracy wciąż takiej jak wymarzyłam, nie mam – generalnie gderanie 24 na dobę. Sami wiecie jak to jest, czasem człowieka dusza uwiera i trzeba, po prostu mus sobie ponarzekać.

Trzy tygodnie temu byłam w szpitalu na wizycie kontrolnej, niewielka przypadłość, zależy jak na to spojrzeć, ale kiedy dobrze prowadzona, wprawdzie może być przewlekła, ale nie zagraża życiu. Nie spodziewałam się niczego wielkiego po tej wizycie i miałam rację – pogawędziliśmy z lekarzem, ustalił, że chce mnie widzieć za pół roku i tyle się widzieliśmy.

Kilka dni temu zadzwonił telefon od GP. Właśnie prasowałam, dwa wielkie kosze poprane migiem, bo piękna pogoda, a potem wiadomo – godzin kilka przy desce do prasowania. Nawet to lubię, oglądam sobie wtedy filmy, nie jest źle, ale że właśnie byłam w tym marudnym nastroju, pomstowałam pod nosem na jakieś nieistotny temat. Kiedy odebrałam telefon usłyszałam, że dzwonią w sprawie wizyty w szpitalu i że konsultant chce, żeby zrobić specjalistyczne badania krwi w kierunku syndromu Cusinga. Nic mi to nie mówiło, więc zaczęłam zadawać pytania, a odpowiedzi mi się wcale nie podobały. Zadałam pytanie, co się stanie, jeżeli wyniki będą pozytywne? Och, to jest proste leczenie, operacja, potem farmakologia. Gdzie ta operacja, w jakim miejscu ciała? – pytam. Na to lekarka, która trenuje przy moim GP mówi – proszę przyjechać po receptę na tabletkę, którą musi pani zażyć przed badaniami krwi, wtedy porozmawiamy, podamy adresy stron internetowych, poczyta pani, wszystko objaśnimy. Za tydzień lub dwa, w dogodnym dla pani terminie, zrobimy testy.

Odłożyłam słuchawkę i pomyślałam - po moim trupie, żebym miała czekać tyle, testy będziemy robić w tym tygodniu. Zasiadłam do komputera i wygooglowałam tę chorobą, a to, co wyczytałam, zwaliło mnie z nóg. Operacja może być na przysadce mózgowej lub nadnerczach, zależy skąd idzie problem, potem chemioterapia lub radioterapia, potem tabletki – to tak w skrócie. Do tego to jest rzadka choroba, więc specjaliści w Galway, daleko od domu, no i co najgorsze, ten syndrom może być spowodowany przez guzy różnego rodzaju, ale i raka.

No to kupiłam sobie kozę – pomyślałam. I mi się zaraz strasznie w życiu ciasno zrobiło, w porównaniu z tym czasem, sprzed wiadomości. Miałam tysiąc myśli na minutę, że dzieci jeszcze za małe, żeby miała je zostawiać, że męża mi szkoda, że tyle książek nieprzeczytanych, filmów nieobejrzanych – luuuuuudzie, ja nie chcę umierać!!!

Potem zaczęłam działać. Porzuciłam prasowanie jak stało, na szczęście miałam tyle rozumu, żeby żelazko wyłączyć. Pięknie się wyszykowałam, zrobiłam staranny makijaż – niech nikomu nie przyjdzie do głowy, że mnie ‘głupi’ Cushing syndrom psychicznie pokonał. Pognałam do lekarza, potem do apteki po rzeczoną tabletkę. Na drugi dzień na badania krwi. Myślałam, że będę czekać tydzień na wyniki, jak to się dzieje w przypadku normalnych badań, chociaż lekarz powiedział, ze on nie wie ile to potrwa, bo nigdy nie robił takich testów. Na drugi dzień zadzwonili, wypytali o nazwisko, datę urodzenia i adres, potem zapadła cisza – nie wiedzą jak mi to powiedzieć – zdążyłam pomyśleć, kiedy lekarka się odezwała i powiedziała – wyniki są w normie, nie ma pani tej choroby.

No to sprzedałam kozę. Nagle świat wydał mi się idealny, samochód super, mam wiele pomysłów na obiad, mąż jest idealny, córka tylko 4 godziny jazdy ode mnie, pies kochaniutki znowu wyniósł mi kapcie, bawić się chce numerant, kto wie, może wkrótce znajdę wymarzoną pracę? Czyż życie nie jest piękne?

Kasia Hordyniec (kasia.eire@gazeta.pl)

miejsce na Twoją reklamę...